piątek, 14 sierpnia 2015

"Proszę wieść normalne życie....

...ciąża to nie choroba". Ponoć. Ile z przyszłych mam usłyszało od swojego lekarza/położnej takie zdanie? Zapewne mnóstwo ;) Jestem jedną z nich. Problem polega na tym, że "normalne życie" to pojęcie bardzo względne, i nie dla każdego oznacza to samo.Oczywiście w tych rzadkich momentach przemyśleń na temat ewentualnej przyszłej ciąży zawsze zakładałam, że będąc osobą aktywną i w ogóle, ciąża będzie jak kaszka z mlekiem, lekka i nieograniczająca -poza oczywistym przyrostem wagi nie zakładałam większych trudności - o, święta naiwności! Tymczasem już na dzień dobry, tuż po owym zdaniu, że ciąża to nie choroba, zostałam brutalnie sprowadzona na ziemię, jeśli chodzi o owo normalne życie.   Usłyszawszy, że na co dzień nurkuję, jeżdżę 300kilogramowym motorem, uprawiam snowboard oraz dla relaksu przebiegam sobie co drugi dzień 8-10 km, pani położna stwierdziła: "W takim razie w pani przypadku prowadzenie normalnego życia jest niemożliwe". Pozamiatane, że tak powiem. 
Co zatem może czynić kobieta w ciąży, przyzwyczajona do dużej aktywności fizycznej, której nagle zabrania się owej aktywności z przyczyn oczywisto-zdrowotnych (z tego miejsca pozdrawiam również moją tarczycę, która przyczyniła się do wzmożenia ograniczeń ;)  )?

 Wyluzować. Dosłownie i w przenośni. Całe szczęście, że zainteresowałam się jogą już dawno, ponieważ wszystkie mądre poradniki odradzają rozpoczęcie praktyki jogi w pierwszym trymestrze. Nie rozpoczynałam, kontynuowałam więc wcześniej rozpoczętą praktykę - i nie zaprzestałam. Co daje joga, najlepiej powiedzą ci, którzy dali się jej skusić. Pobieżnie o jej dobrodziejstwach pisałam już tutaj . W to, że dojdę do poziomu w którym samą siłą umysłu sprawię, że poród będzie lekki i bezbolesny (marzenie ściętej głowy, hahaha) raczej nie wierzę, ale być może joga zapewni mi mniejszy lub większy spokój ducha i lepsze niż w przypadku zerowych ćwiczeń przygotowanie fizyczne (kto uważa, że joga jest nudna i nie ma wpływu na kondycję, niech spróbuje przez choćby tydzień ćwiczyć systematycznie ;) ).

Z koniecznością pożegnania się z nurkowaniem na okres inkubacji juniora liczyłam się, a jakże. Co prawda, badania dotyczące wpływu tego sportu na płód są nie do końca jasne, jedne mówią, że szkodzi, inne, że nie, ale faktem pozostaje, że każda kobieta-nurek dowiedziawszy się o ciąży zawiesza uprawianie ulubionego sportu na wszelki wypadek. Podobnie uczyniłam i ja, chociaż przyznam się, że junior ma za sobą kilka głębszych nurkowań z okresu, kiedy jeszcze ciąża była tylko przypuszczeniem - nie sądzę (i wyniki dotychczasowych badań kontrolnych to potwierdzają), by miało to na niego jakiś wpływ. 
Niemniej jednak z wody zrezygnować nie potrafię - a pływania mi nie zabroniono, co też wykorzystuję jak mogę. Pływanie zwykle jest polecane kobietom w ciąży, i nie bez powodu. Właściwie powinno być polecane każdemu :) Relaksuje, rzeźbi mięśnie, ujędrnia skórę, a na dodatek woda sprawia, że ważymy mniej - póki co, nie przytyłam, ale nie łudzę się, że ten stan rzeczy miałby się utrzymać przez kolejne 5 miesięcy, w związku z czym karnet na basen kryty już mam zakupiony :)


Bieganie - zabronione. Nie będę się upierać, ale jednak pokonanie dłuższej trasy na własnych nogach kusi. Na marsze pani położna dała pozwolenie, w związku z czym radośnie pokonuję nadal kilometry, tyle, że teraz znacznie wolniej. Ale lepszy rydz niż nic, nie narzekajmy. Mimo wszystko marsz działa bardzo podobnie do biegania - dotlenia, pobudza, usprawnia krążenie, dodaje energii, poprawia nastrój - warto dać się skusić i wprowadzić choćby półgodzinny marsz do naszego codziennego rytuału dnia. 

Niestety, nadal nie znalazłam substytutów dla snowboardu i jazdy na motorze.... Cóż, pozostaje czekać do lutego i mieć nadzieję, że nadchodzące miesiące szybko upłyną :)
A czy wśród naszych Czytelniczek są mamy (ciągle nie mogę przetrawić tego określenia w stosunku do mej osoby, hahahaha) ? Jak radziłyście sobie - lub radzicie sobie - z aktywnością fizyczną w czasie ciąży?